Brak wydarzeń
maj 2012
P W Ś C Pt S N
30 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
Ponieś kaganek Kulturki

Zajawki

Artykuły - zajawki na stronę główną.

czas Bokserów

Pytania typu „po co”, „dlaczego”, „jak” należą chyba do tych najbardziej upierdliwych. Wiedzą o tym zarówno rodzice, jak i... wszelkiego rodzaju władze.
Niestety jedni i drudzy często ze swoich ról wyjaśniającego świat (rodzic) czy też odpowiadającego na wątpliwości co do zasad swojego funkcjonowania (władza) wywiązują się, co najwyżej umiarkowanie (z tą tylko różnicą, że rodzice nie pobierają od swoich dzieci „podatków” za wychowanie i nie wypłacają sobie z ich kieszonkowego pensji – choć próbuje nam się wmówić, że emerytury już tak. No i na szczęście wśród rodziców zdarzają się wyjątki).

Odpowiedzi „tak bo tak” zdają się być dominującym komunikatem – jeśli nie rodziców – to władzy na pewno. A efekt? Niestety najgorszy z możliwych – przestajemy pytać.

Nie pytamy, bo nie wierzymy w odpowiedzi... bo nie wierzymy w szczerość tych, które od czasu do czasu jednak otrzymujemy. Nie pytamy, bo zwyczajnie nie mamy na to już sił ani czasu. Nie pytamy, bo zahipnotyzowani medialnymi spektaklami kultury i/lub sportu (swoją drogą, coraz trudniej je rozróżnić), nie interesujemy się światem „spoza”. Nie pytamy, bo się boimy – utraty pracy, premii, zleceń, szans awansu. Nie pytamy, bo... wierzymy w przewodnią rolę władzy (każdej władzy). Nie pytamy, bo „grzeczni” dostają zabawki, a krnąbrni głównie klapsy. Nie pytamy, bo – niczym orwellowski Bokser – wolimy na trudności odpowiadać wytężoną pracą i poświęceniem. (Jest drożej, a zły pieniądz wypiera „dobry”? To nic – będziemy więcej i dłużej pracować!) Nie pytamy, bo... zapomnieliśmy, o co mamy pytać!

A świnie już dawno przemalowały tablicę z zasadami i właśnie rozmawiają o...koninie

gdzie go postawią, tam będzie

Kilka dni temu o 7:30 w Olsztynie. Na przejściu dla pieszych tuż przy Ratuszu niewidomy mężczyzna (z laską ale bez psa) stanął całkiem pewnie na krawędzi chodnika tuż przed pasami. Wcześniej wymacał przycisk i czekał. Dobrze, że wymacał, bo choć stało tam już kilka osób, to nikt nie pokusił się, by to zrobić.
Pewnie było im za daleko.

Zbierali się ludzie, jak to na przejściach dla pieszych bywa, aż w którymś momencie światło się zmieniło i dało się słyszeć ten specyficzny dźwięk mówiący: można przejść. Tłum więc ruszył. Dziewczyna ze słuchawkami w uszach potrąciła mężczyznę tak, że się lekko zachwiał, ale szybko złapał równowagę. Matka z dzieckiem, zahaczyła o laskę niewidomego, ale dalej, pełna determinacji ciągnęła swoje dziecię na przeciwległy brzeg ulicy. Mężczyzna zatrzymał się, ustawił laskę w pozycji sobie najlepiej znanej i wolno, ale uważnie zaczął znów iść do celu. Już nikt na niego nie wpadł, bo mężczyzna sprytnie wymijał tych, który żywili takie pokusy. A było ich paru.

Przez tych kilka chwil, podczas gdy wszyscy ci ludzie przechodzili przez ulicę, pomyślałam sobie, jak bardzo nie widzimy świata, który nas otacza.

A może i gdzieś tu leży problem naszego miasta, stałego niedosytu kulturalnego, wiecznego niezadowolenia, niezrozumiałych decyzji władz... A może warto jest czasem otworzyć oczy i rozejrzeć się wokół? Bo trochę jednak wstyd tak bezmyślnie gnać z tłumem…

Zwłaszcza, że na tym przejściu, o ironio, to zdaje się jedynie ten niewidomy mężczyzna naprawdę widział Olsztyn, czuł go w sobie tak mocno, że jedynie przy pomocy laski i swojego umysłu mógł tworzyć sobie ścieżki wśród jego ulic i mieszkających tu ludzi. Ludzi, którzy go nie zauważają, a są bardziej niebezpieczni niż drzewa, schody czy mury.

Bo ludzkiego zachowania nie da się przewidzieć, a mur, gdzie go postawią, tam stać będzie.

kocham Fejsa

Dziś będę wiosenna, czyli optymistyczna, entuzjastyczna, ba! egzaltowana nawet. Mogę nawet wyrecytować miłosne wyznanie. A brzmi ono: KOCHAM FEJSA!

Serio. Bo fejs to mój przydomowy ogródek z oknem na daleki świat. Z fejsem się witam co rano i co wieczór mówię mu dobranoc. Wiosenne zadurzenie?

A może jednak prawdziwa miłość?

Kogo mogę, namawiam na Fejsa. Nie na bloga, nie na Naszą-Klasę, ani nawet na Blipa czy Twittera, ale właśnie na Fejsa. Bo na Fejsie fajni znajomi to podstawa. Lecz tym razem nie chodzi o ilość, ale o jakość. Im ciekawsi, tym szersze okno na świat, bo właśnie dzięki nim, co rano otrzymujesz świeży, jak świeże bułeczki, przegląd Internetowej prasy. Twoi znajomi są jak hajtech sokowirówka. Wyciskają z sieciowego bełkotu to, co wartościowe, abyś Ty – na swojej fejsbukowej tablicy – mógł znaleźć ekstrakt – samo zdrowie!


Nie trzeba się dobrze znać

Oczywiście fejsbukowi znajomi niekoniecznie muszą być Twoimi przyjaciółmi do kufelka, tańców czy zwierzeń. Tutaj ważniejsza jest pewna wspólnota światopoglądowa i podobne pasje. Nie trzeba znać się od liceum, wystarczy od wczoraj. Bo fejsbuk to bardziej platforma wzajemnej wymiany linków niż intymny zaułek dla kameralnego grona. Chociaż i takie potrzeby można na Fejsie zrealizować, zakładając zamkniętą podgrupę, której teksty są widoczne jedynie dla stałych członków. Dla naszego KGM-u, czyli Koła Gospodyń Miejskich, Fejs to doskonała tablica ogłoszeń – tutaj umawiamy się na spotkania, dogadujemy terminy, podrzucamy sobie ciekawe propozycje.

Kopalnia inspiracji

A wracając do fejsbukowego klucza – grunt to fajni znajomi o podobnych pasjach. Wtedy fejsbuk staje się nie tylko selektywną prasą codzienną, ale również kopalnią ciekawych linków, do których nie sposób dokopać się w pojedynkę.

Ja fejsbukowi zawdzięczam naprawdę sporo – niemal codziennie znajduję tu piosenkę, której w życiu nie spotkałam, zachwycający cytat, dobrą fotę, znajduję też strony – jak choćby www.polskailustracjadladzieci.pl czy www.czytajniepytaj.pl , z którymi zaprzyjaźniam się na dłużej. Fejs to kopalnia inspiracji.

Jednak o sile mojej miłości do Fejsa najbardziej świadczy fakt, że mój konkubent – internetowy outsider – który w głębokiej pogardzie miał wszystkie internetowe społeczności, komunikatory i fora, kilka tygodni temu założył sobie konto. I teraz lajkuje, ile wlezie.

Bo na fejsie naprawdę jest co lajkować. Pod warunkiem, że masz fajnych znajomych.

Ja mam świetnych, dlatego KOCHAM FEJSA!

kiedy orkiestra nie chce grać razem

W olsztyńskiej orkiestrze bunty zdarzały się wielokrotnie. Nigdy nie służyły rozwojowi zespołu, często natomiast były wyrazem niepewności, frustracji i zagubienia. Poczynając od pierwszych takich buntów w latach osiemdziesiątych, niemal każda zmiana na stanowisku dyrektora artystycznego związana była z „wypowiedzeniem posłuszeństwa” przez orkiestrę.

Orkiestra symfoniczna jest jednym z symboli nowoczesnej kultury europejskiej. Zróżnicowana, powiązana skomplikowanymi relacjami, oparta na wielu, często pozornie sprzecznych zasadach – czasami może
z założenia niesprawiedliwa, może w wielu momentach nierównomiernie obciążająca swych członków obowiązkami, pozwala jednak na osiągnięcie harmonii będącej wyrazem ponadindywidualnych dążeń całej społeczności. Nie przypadkiem do rangi hymnu europejskiego awansował fragment dzieła skomponowanego właśnie na orkiestrę symfoniczną, chór i solistów.

Orkiestra symfoniczna wyłoniła się w połowie XVIII stulecia z wielu wcześniejszych eksperymentów z prostszymi zespołami instrumentalnymi. Samo zestawienie instrumentów w określonych proporcjach nie było jeszcze równoznaczne z powstaniem orkiestry symfonicznej. Charakter symfoniczny nadali orkiestrze dopiero kompozytorzy, którzy umieli wykorzystać możliwości jakie w takim zestawieniu tkwiły, a wiązało się to między innymi z profesjonalizacją zespołu. Jeszcze Bach czy Haendel pisali w taki sposób, by mogli osiągnąć założony efekt z zespołami nieprofesjonalnymi. W takich orkiestrach nie było już jednak możliwe osiągnięcie dyscypliny, która pozwalałaby wykonywać dzieła klasyków.

Równocześnie z profesjonalizacją orkiestry, przekształceniem jej
w bezwzględnie sprawny instrument, zmieniała się pozycja indywidualnego instrumentalisty. Profesjonalizm muzyków orkiestrowych coraz częściej polegał na zdolności wtopienia się w brzmienie grupy oraz możliwie najdokładniejszym realizowaniu wskazówek kompozytora i dyrygenta. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że orkiestra symfoniczna powstała na fali tych samych idei, które wypromowały maszynę i nowoczesny proces produkcyjny, a niewielkie zespoły przekształciły w mikrospołeczności podporządkowujące jednostkę interesom grupy.

Klasyczna orkiestra stała się w muzyce tym, czym w ekonomii była fabryka – zupełnie nową jakością organizacyjną i artystyczną. Od przełomu klasycznego zyskuje znaczenie idea postępu w muzyce i w wielu innych dziedzinach, w których jakikolwiek postęp jest równie szkodliwy co niemożliwy. I niemal równocześnie publiczność zaczyna się domagać powrotu dawnych dzieł i pozorów trwałości w coraz szybciej zmieniającej się rzeczywistości. To rozwarstwienie spowodowało, że już wkrótce głównym nurtem kultury muzycznej stała się muzyka popularna, która zresztą nadal się różnicowała i torowała drogę coraz bardziej prymitywnym postaciom szybko się degenerującej kultury masowej.

Ubezwłasnowolnienie muzyków orkiestrowych podobnie jak dehumanizacja pracowników w fabrykach to proces, który doprowadził w końcu do buntów. Już wcześniej zaniepokojeni rozwojem nowoczesnej produkcji i wzrostem wydajności robotnicy niszczyli maszyny, wspierając tym samym tempo przemian i przyspieszając własne zwolnienia. Później bunty kierowały się lepiej uzasadnionymi ideami chociaż zwykle były inspirowane i aktywnie wspierane przez organizacje i grupy niekoniecznie stojące po stronie buntujących się robotników. Jeżeli historia czegoś nas nauczyła to ostrożności. Najczęściej dopiero po efektach możemy poznać, kto prowokował przemiany.

Bunty muzyków w orkiestrach symfonicznych zdarzają się niezależnie od wielkości ośrodka czy siły środowiska. W zależności od ustroju, tradycji, dominującego systemu wartości i kultury organizacyjnej zdarzają się często albo rzadziej. Zasadą jest, że im wyższa pozycja orkiestry, tym rzadziej zdarzają się w niej bunty. Jeżeli na przesłuchanie do przeciętnej amerykańskiej orkiestry zgłasza się ponad tysiąc muzyków, to nie po to, aby po uzyskaniu angażu do wymarzonego zespołu blokować jego działanie. A celem orkiestry jest najbardziej elastyczne, precyzyjne, pozbawione elementów przypadkowych realizowanie wskazówek dyrygenta – tylko tyle i aż tyle.

Bunty orkiestr się zdarzają. Chyba najgłośniejszy w ostatnich latach był bunt orkiestry mediolańskiej La Scali przeciwko Ricardo Mutiemu, dyrygentowi, który prowadził ten znakomity zespół operowy przez blisko 20 lat, osiągając wiele znaczących sukcesów. W 2003 roku rozgorzał konflikt pomiędzy dyrygentem i zarządzającym orkiestrą Carlo Fontaną. Po serii wydarzeń, które zaogniły spór, w 2005 roku Fontana został odwołany. Muzycy opowiedzieli się po stronie menagera i zwrócili się przeciwko Mutiemu. Zarzucali mistrzowi, że się izoluje i wynosi, że podczas tournees sypia w hotelach wyższej klasy, że z czarterowanego samolotu wysiada innym wejściem, że odnosi się do muzyków w sposób uwłaczający ich godności. W przeprowadzonym głosowaniu przytłaczająca większość zespołu wypowiedziała się przeciwko Mutiemu, który w następnych latach objął stanowisko dyrektora artystycznego i dyrygenta laureata Chicago Symphony Orchestra. La Scala od 2006 roku nie ma dyrektora artystycznego.

W olsztyńskiej orkiestrze bunty orkiestry zdarzały się wielokrotnie. Nigdy nie służyły rozwojowi zespołu, często natomiast były wyrazem niepewności, frustracji i zagubienia. Poczynając od pierwszych takich buntów w latach osiemdziesiątych, niemal każda zmiana na stanowisku dyrektora artystycznego związana była z „wypowiedzeniem posłuszeństwa” przez orkiestrę. W okresie PRL muzycy podążali do partii z prośbą o interwencję, partia informowała, że dyrygent stracił zaufanie społeczne, co oznaczało mniej więcej wdrożenie procedury odwoławczej. W ostatnim dwudziestoleciu jest to trochę bardziej skomplikowana procedura, chociaż rolę supernadzorcy coraz chętniej przejmują media.

Muzycy to ludzie szczególnie wrażliwi, na co dzień pracują z poświęceniem nad doskonaleniem swojego warsztatu, często nie dbając o utrwalenie swych osiągnięć a później często czują się niedoceniani. Najbardziej donośne brawa w końcu bowiem milkną i trzeba spakować instrument. Poziom stresu i wielość czynników mogących powodować frustrację jest w tym zawodzie wyższy niż w większości innych. A dyrygent nie tylko ponosi odpowiedzialność za ostateczny kształt wykonań, to jego nazwisko jest na afiszu, on przecież odbiera największą część braw i jemu wręcza się po każdym koncercie kwiaty. Oficjalne powody buntu i wyjaśnienia czasami bywały dziecinnie naiwne, chociaż rozgoryczenie muzyków zupełnie szczere i często nie pozbawione uzasadnienia. Często pojawiał się jednak i taki zarzut, że dyrygent jest autokratyczny i narzuca swoje zdanie, co dowodzi jak dalece muzycy pozwalali się zmanipulować. W istocie jedynie autokratyczni dyrygenci mogą prowadzić orkiestrę symfoniczną. Dyrygent, który nie narzuca swego zdania orkiestrze to nieunikniona katastrofa.

Oczywiście nie znaczy to, że orkiestra zawsze była w tych sporach na straconej pozycji. Czasami muzycy buntowali się w chwili, gdy dyrektor artystyczny miał już ręce spętane układami a jako dyrygent był na tyle wypalony, że zaprzestawał pracy nad muzyczną jakością orkiestry. I kiedy nie działo się nic, obniżający się z sezonu na sezon poziom zespołu nie powodował żadnych prób ożywiania działalności orkiestry, zbuntowani muzycy występowali w obronie swego miejsca pracy.

Po 65 latach istnienia olsztyński zespół znów jest podzielony. Kiedy w poprzednich referendach orkiestra odwoływała dyrygenta, muzycy zawsze głosowali jednogłośne. Tym razem stosunek głosów jest jak 3:1. Zespół się podzielił. Nie dziwi to, gdyż mają wymagającego szefa, który zmusza orkiestrę do wzmożonego wysiłku. Poziom frustracji jest dość wysoki, na co ma wpływ wiele czynników, przede wszystkim poczucie niepewności. Ale czasy są trudne i coraz więcej osób czuje się niepewnie. Dziwi natomiast, że rozgoryczeniem swoim muzycy dzielą się za pośrednictwem mediów i Internetu z całym światem, nie zastanawiając się nad tym, czy za miesiąc, kiedy opadną emocje, nie będą musieli się wstydzić formułowanych pod wpływem emocji sądów. Pytanie, czy wówczas muzycy będą mogli grać razem… A będą musieli, bo tylko razem można grać w orkiestrze.‏!

Kocham Olsztyn, ale...

Początek nowego roku, to wielka pokusa, aby podsumować stary. A stary rok pod pewnymi względami był wyjątkowy. Rok 2011 to dla mnie rok pełen inicjatyw oddolnych, akcji zwanych przez urzędników „aktami wandalizmu”, rok, w którym mieszkańcy jakby głośniej niż zwykle tupnęli nogą.

Walczyliśmy o Awangardę i drzewa nad Długim, powiedzieliśmy „Nie” ratuszowym pałom, ktoś pomalował żabę, ktoś inny popadającą w ruinę Casablankę. „Kocham Olsztyn, ale trochę mnie wkurwia” to jeden z profili na Facebooku.

Moim zdaniem to hasło roku 2011.

Kocham Olsztyn, ale…!

Coś drgnęło. Coś się zmienia. Zaczynamy interesować się własnym ogródkiem, chcemy wpływać na kształt najbliższego otoczenia, zabierać głos w sprawach, które nas dotyczą. Jest nas garstka – za mało, aby potrząsnąć takim kolosem jak ratusz, ale wystarczająco, by narobić pozytywnego zamieszania, kogoś sprowokować, komuś zagrać na nosie. Nareszcie wykluwa się coś na kształt obywatelskiego społeczeństwa, które utożsamia się nie tylko z Europą, ale również swoim rodzimym skrawkiem ziemi i kultury.

Za co lubię miniony 2011? Za wszystkie dowcipne, mocne, bezkompromisowe, czasem totalnie odlotowe akcje i akcyjki, które obnażyły absurdy tego miasta, zakwestionowały kilka decyzji urzędu i wykorzystały aktualne wydarzenia w mieście. Pozwolę sobie wymienić pierwsze 5 hitów roku 2011:

- Awantura o pały, czyli lepiej późno niż później – mieszkańcy nie są i nie będą bezkrytyczni wobec architektonicznych dokonań miasta.

Na obywatelskim dywaniku wylądował i prezydent, i architekt, i wszyscy, którzy zamieszani byli w projekt placu przed ratuszem. W przeddzień akcji na Pierwszy Dzień Wiosny, która zachęcała olsztyniaków do udekorowania pał szalikami, miasto zdemontowało kilka latarni i ustawiło straż przed ratuszem. Władza tłumu się lęka. I słusznie.

- Podaj bilet – grupa ludzi zachęcała do tego, aby podawać skasowane już bilety w ramach protestu przeciwko wysokim cenom MPK w Olsztynie. Akcja kończy się ciąganiem prowodyrów po sądach, ale szum związany z wlepkami „podaj bilet” na pewno w wielu głowach obudził odkrywczą myśl, że wcale nie trzeba godzić się na wyśrubowane stawki usług komunikacyjnych. Bo nie trzeba!

- Żaba kontra Baba – żaba to oddolna odpowiedź na wylansowaną przez miasto maskotkę Olsztyna – Babę Pruską. I tak rozpętała się wojna: władza kontra lud. Lud szarą żabę zrobił na zielono, miasto za grube pieniądze zrobiło ją znów na szaro, lud podpisał ŻABA PRUSKA, miasto zapowiedziało, że będzie przestępców ścigać i odmaluje nieszczęsnego płaza. Idealny przykład mentalnego betonu naszej władzy.

- Bój o Awangardę – bój o awangardę przypominał romantyczne powstanie, istną Wiosnę Ludów. Nagle w Olsztynie aż zaroiło się od miłośników niszowego kina. W porywie serca walczyli wszyscy – i amatorzy multipleksów, miłośnicy kina domowego, sportowcy i teatromani. Nie udało się, ale było warto.

- Fak z wieży ratuszowej – na koniec roku mocne uderzenie. Ktoś w biały dzień na prezydenckim balkoniku powiesił baner z grafiką przedstawiającą dłoń w geście „fuck you”. Jedni twierdzą, że tak urząd traktuje mieszkańców, inni, że chodziło po prostu o pokazanie kierunku zwiedzania, bo palec ewidentnie wskazuje na wieżę. Niezależnie od interpretacji – było ciekawie, odważnie i kontrowersyjnie.

***

Nareszcie w mieście się dzieje i mam nadzieję, będzie się działo również w nadchodzącym roku.
Bo głupich pomysłów w ratuszu na pewno nie zabraknie. Grunt, żeby nam nie zabrakło siły i zapału do tego, aby się twórczo buntować.

infoKulturka do ściągnięcia w formacie pdf
kulturka do ściągnięcia w formacie PDF
Mecenat kulturalny obejmuje
Sponsorzy i przyjaciele
Kulturka z twarzą w książce