|
Ponieś kaganek Kulturki
|
||||
1. Aleja Gwiazd – teatralne dance macabre
Przypominająca jako żywo (sic!) alejkę cmentarną olsztyńska „Aleja Gwiazd”, wzbudza różnorodne uczucia - od konsternacji po skrajne rozbawienie. Brakuje tylko... głosów zachwytu i rozbudzonego zainteresowania postaciami, których nazwiska wyryto w kamieniach. No chyba że, za głosy ciekawości uznamy pytania przypadkowych przechodniów o to „co się stało Sterance?” (Artur Steranko – jeden z uhonorowanych żyjących aktorów), a jako ocenę projektu przyjmiemy bezkrytyczny zachwyt jego autorów i organizatorów, czyli dyrekcję olsztyńskiego Teatru Jaracza, która samodzielnie (czytaj – bez konsultacji, nawet ze środowiskiem artystycznym) całość przeprowadziła i, ku zgrozie wielu, skutecznie doprowadziła do końca. Na szczęście są jeszcze w Olsztynie trzeźwo myślący... złomiarze! 2. Otwieranie Filharmonii – najgłośniejszy koncert od lat!
Zamieszanie wokół otwarcia Warmińsko-Mazurskiej Filharmonii im. Feliksa Nowowiejskiego, było prawdopodobnie najgłośniejszą uwerturą olsztyńskich filharmoników od lat.
4. Sado Maso Blues Bar – czyli ile razy można przebijać dno?
Nie często widuje się takie spektakle jak „Sado Maso Blues Bar” rumuńskiego Teatru Mic, pokazany na ubiegłorocznych „Demoludach“. A na szanujących się festiwalach... takich przedstawień nie widuje się wcale! Przynajmniej nie powinno się widywać. Próbujący na siłę szokować, był w przeważającej części zwyczajnie prostacki, a przede wszystkim głupi. Za wszelką cenę starający się zbudować swoją intelektualną warstwę na pustych homoerotycznych sztuczkach - które bawić mogły jakieś 50 lat temu, a skandalizować co najwyżej wiktoriańskich Brytyjczyków - oraz wtórne i zupełnie nieprzekonujące tematy „dramatu” Marii Manolescu sprawiają, że „Sado Maso Blues Bar” raczej podszywa się pod „sztukę-manifest” młodego pokolenia (jak reklamowano ten spektakl) niż rzeczywiście cokolwiek ciekawego manifestuje. No może poza tym, że „Demoludy” mają pewne problemy z jakościową selekcją i doborem festiwalowych spektakli. 3. Awantura wokół Teatru Węgajty
O ile bardzo trudno jest komentować wyciągany przez urzędników niemal przy każdej okazji „argument” o kryzysie i wynikających z tego konieczności cięć finansowych, o tyle już ich metody i miejsca, trudno pozostawić zapomnieniu. Szczególnie, że w jakiś zadziwiający sposób, wszelkie oszczędności (także te w kulturze) omijają „szerokim łukiem” administrację, a dotykają zwykle tych, którzy swoją twórczością łamią, łatwo przyswajalne dla urzędników schematy. Teatr Węgajty oraz Schola stworzyły przez lata własny artystyczny język, rozpoznawalny nie tylko w Polsce. Dlatego tym bardziej szokuje grupowe zwolnienie z Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych, tych, którzy jako jedni z niewielu tam funkcjonujących, swoją działalnością rzeczywiście Edukowali i pobudzali twórczą Inicjatywę. 5. Jarmark świąteczny – tylko akurat świąt nie było?!
Olsztyn był prawdopodobnie jedynym miastem na świecie, gdzie jarmark świąteczny odbywał się nie w dniach poprzedzającym święta, ale tydzień wcześniej. Trudno na „chłopski rozum” rozgryźć ideę przyświecającą takiej a nie innej decyzji o umiejscowieniu w kalendarzu Jarmarku, no chyba że całość była dopasowana do napiętego kalendarza jednego z kilkudziesięciu „oryginalnych” świętych Mikołajów z Rovaniemi, który otwierał olsztyńską imprezę, i/lub przedświątecznej marszrucie wystawców. Efekt był taki, że ostatni tydzień przed świętami na olsztyńskim Starym Mieście był szary, brudny i smutny. Symboliczny. |
Mecenat kulturalny obejmuje
Sponsorzy i przyjaciele
Kulturka z twarzą w książce
|